Kacze opowieści

18 grudnia, 2009
Świat stawia przed człowiekiem nieskończoną ilość pytań. Niczym Staś Pytalski dzieli się z nim swymi wątpliwościami w najróżniejszych kwestiach. Dziś postanowił i mnie zadać zagadkę. Czy można płakać z zimna? – zagaił. Rozwiązanie okazało się obrzydliwie proste i nieprzyzwoicie banalne. Można – odpowiedziałam sącząc ironię i łypiąc na Stasia złowieszczym spojrzeniem lodowej wiedźmy. Odpowiedź znałam doskonale, gdyż poprzeć ją mogłam własnoręcznie zdobytym doświadczeniem. Własnoręcznie w sensie dosłownym, gdyż to właśnie moje dłonie w najbardziej kąśliwy sposób doznały bestialskich ugodzeń igiełkami mrozu. Stałam na przystanku i czekałam na autobus. Beret zachodził mi prawie na oczy, gruby płaszcz sprawiał, że czułam się jak wypchana lalka a czarne skóropodobne rękawiczki nadawały mi charakter Hansa Geeringa z Allo Allo. „Jeszcze trzy minuty” – pomyślałam, łudząc się, że środek transportu punktualnie przebrnie przez śnieg, lód oraz inne atrakcje, które przyniosła zima. Trzy minuty minęły, minęły nawet cztery i więcej a ja z coraz bardziej zziębniętą miną wpatrywałam się w liczne autobusy jadące w przeciwnym kierunku. „Murphy to miał łeb” – zadumałam się, gdy moim oczom ukazał się autobus. Do niczego przydatny numer 87… Wsiadłam jednak i podjechałam jeden przystanek, licząc na to, że uda mi się zrobić arcysprytną przesiadkę i oszukać swą przebiegłością całą zmyślność MPK. Wysiadłam, rozejrzałam się, jednak nic nie nadjeżdżało. Skierowałam się więc na kolejny przystanek z nadzieją, że marsz chociaż odrobinę mnie rozgrzeje. Maszerowanie było najwyraźniej za mało efektywne, ponieważ z każdym krokiem moje palce u stóp i dłoni kostniały coraz bardziej. Zobaczyłam na ścianie przystanku pieczoną gęś, barwną choinkę i wesoło skaczący w kominku płomień. Jeśli ktoś myśli, że naigrawam się teraz bezczelnie z Dziewczynki z zapałkami to niech wyjdzie bez rękawiczek na dwór i wsadzi dłonie w śnieg. Wtedy zrozumie jak to jest czuć, że powoli przestaje się czuć. Po tym krótkim acz gorzkim przerywniku powróćmy do dalszego ciągu opowieści. Zaciskając pięści celem ich rozruszania, myślałam o tym jak bardzo musiała cierpieć rzeczona wyżej bohaterka utworu Andersena. Cóż musiało czuć jej biedne ciałko, zanim trafiło w ramiona ukochanej Babci? Żar mego współczucia nie pomógł mi jednak rozgrzać rąk. Stanęłam na przystanku ledwo czując to, co osłaniały rękawiczki. Do oczu napłynęły mi łzy. Nie takie wywołane śniegiem czy wiatrem, a autentyczne łzy cierpienia i strachu przed straceniem czucia. – Tak zimno, że aż łzy pani płyną – usłyszałam obok siebie cichy głos a jego właściciel podał mi chusteczkę. – Dziękuję – odpowiedziałam i uśmiechnęłam się. Chwilę później nawiązałam krótką rozmowę z owym panem, która przyznać muszę, odwróciła moją uwagę od mrozu katującego dłonie i umiliła nieco ten nędzny czas oczekiwania na komunikacyjne dobrodziejstwo. Na pożegnanie mój rozmówca życzył mi ciepłego weekendu. Odwdzięczyłam się równie ciepłym uśmiechem. Koniec opowieści moi Mili. Mimo, że zmarzłam niemiłosiernie, to jednak przekonałam się, że istnieje na świecie uprzejmość. Uśmiech i dobre słowo nic nie kosztują, że tak pospolicie rzeknę, a potrafią chociaż w małym stopniu zmienić punkt widzenia. A tak przy okazji mrozu… Zastanawiam się głęboko nad tym, jak odporne muszą być dziewczyny, które w chłód taki jak dziś chodzą bez czapek. Nic tylko iść im z wyprawą na biegun skoro zdrowie takiej godnej pozazdroszczenia jakości a samozaparcie graniczące z cudem ;)

Napisane w Ogólne | 2 komentarze

Ludogarda z kijem

17 grudnia, 2009
Oto ja okiem pewnego zacnego Plastyka podpatrzona i ręką jego takowoż poczyniona. Ujęta w trakcie bezsensownego czwartkowego międlenia ozorem. Wizerunek ów trafnie oddaje moją skromną postać. Patrząc na szkic można stwierdzić nawet, iż nieprawdopodobnie skromną ;P Zęby wyszczerzone w głupkowatym uśmiechu, nos prosty a plastyczny, rozbiegane oczka młodego prosiaka… No i ten muskuł ukryty w prawym ramieniu. Istna kwintesencja mego jestestwa. Połączona z zamiłowaniem do produktów niekoniecznie jadalnych ale za to słodkich w smaku. Skąd wiem? Nie wiem. Nie jestem pewna, czy dodatek do wczorajszej gorącej czekolady przeznaczony był do spożycia. Objawił się był na spodku filiżanki w postaci zielonych wisienek wyglądających zupełnie jak te koktajlowe. Ni to dekoracja ni to słodki dodatek. Znaczy się słodki, ale czy dodatek? Wydrylowany w każdym razie, co zastanowiło mnie niezmiernie, konstruując w mojej głowie zniesmaczony znak zapytania i wizję toksycznego gluta rozpływającego się w moim żołądku. Ale co tam, człek przynajmniej mógł poczuć się niczym Willy Wonka w poszukiwaniu nowych smaków. A poza tym… skoro niektórzy zjadają dekoracyjne toruńskie pierniki maczając je w herbacie, to dlaczego z wisienki, która przysparzać ma jeno wizualnych uciech nie można wycisnąć chociaż odrobiny smakowych doznań? Niepokojąco słodkich i wypukłych od rozmaitych E, aspartamów i acesulfamów, ale zawsze. Oto nędznego pisarczyka i kuglarza portret własny. Słodkoskromny.

Napisane w Ogólne | 4 komentarze

Mądralińskie gulgoty

04 grudnia, 2009
Muszę przyznać, że jak nigdy nie oglądałam w nadmiarze telewizji i gardziłam jej produktami w postaci seriali, tak ostatnimi czasy przyszło mi zmienić nieco zdanie w tej materii. Na horyzoncie rozrywkowych wieczorów pojawiło się kilka pozycji, które charakteryzują się naprawdę przyzwoitym poczuciem humoru i skutecznie rozjaśniają nastrój długich godzin trwającej szaro zimy. Przeglądając programy telewizyjne czy czytając zapowiedzi tego, co w najbliższym czasie zaoferuje nam telewizja zauważyłam też pewną ciekawą kwestię związaną z lansowaniem nowo wchodzących produkcji. Chwyt polega na powiązaniu ich ze sprawdzonymi już tytułami, które uzyskały wysoką oglądalność i stałe grono wiernych widzów. Dla przykładu w jednym z dodatków telewizyjnych przeczytałam kilka słów na temat brytyjskiej produkcji pt.: „Czarna Żmija” z Rowanem Atkinsonem w roli głównej. Autor krótkiej notki informował o kolejnym, trzecim już sezonie serialu. Siła skojarzeń niektórych odbiorców z „Jasiem Fasolą” mogła przynieść różny efekt. Co jednak, jeśli autor zakomunikuje, że właśnie w trzecim i czwartym sezonie „Czarnej Żmii” grał nie kto inny jak, znany chyba każdemu kto chociaż raz na jakiś czas włącza telewizor, Hugh Laurie? Myślę, że w tym wypadku zainteresowanie serialem może wzrosnąć, zachęcając do obejrzenia nawet niechętnych Atkinsonowi. Chociażby po to, aby fani doktora House’a mogli zobaczyć go w mało wdzięcznej, a za to mocno upudrowanej roli wysoce nierozgarniętego księcia Jerzego. Trzymając się „Doktora House’a” jako gwaranta kasowego sukcesu przytoczę również interesujące porównanie owego serialu z nową, wprowadzoną z końcem listopada na antenę telewizyjnej „Dwójki”, produkcją o tytule „Doktor Martin”. Zapowiedzi tego brytyjskiego serialu wyraźnie odnosiły się do opowieści o diagnoście z New Jersey, określając doktora Martina brytyjskim Housem. Sięgając do wypowiedzi z for internetowych wywnioskować można, iż nagłośnienie pokrewieństwa między serialami i określenie ich jako konkurentów odniosło zamierzony efekt, przyciągając przed telewizory fanów House’a w czasie emisji „Doktora Martina”. Przytoczone wyżej źródło potwierdza jednak również grząskość porównania, obrazując brak przekonania widzów do doktora z Kornwalii. Przywiązanie do jednego i jedynego serialu czy rzeczywista różnica między produkcjami? Dla fanów House’a to okazja do sprawdzenia możliwych paraleli, dla szukających innego typu klimatu, sposobność do jego odnalezienia. Zdążając ku zakończeniu, jako entuzjastka brytyjskich seriali o dosyć chłodnym zapatrywaniu na znane mi odcinki „Doktora House’a”, za zadowalające uważam posługiwanie się sprawdzonym telewizyjnym tytułem dla popularyzacji innych produkcji. Nawet jeśli owa popularyzacja wynika z mniej szlachetnych pobudek, jak zwykłe usadzenie widza przed telewizorem w czasie trwania określonego bloku programowego.

Napisane w Ogólne | 3 komentarze